Menu

Wzdłuż i wszerz czyli podróż moich marzeń

Życie to podróż. Podróż to esencja życia. Zapraszam do towarzyszenia mi w mojej samotnej podróży wszerz całej Europy od Atlantyku po Morze Czarne.

Włochy

yendrysek

Czasem odnoszę wrażenie, że mam niezłego bzika. Co rusz zwracam uwagę na drobiazgi. Na przykład na to, gdzie i w jaki sposób parkuję na noc samochód.
Kiedy się obudziłem w Postojnej, okazało się, że miałem nosa. Mimo ciemności zaparkowałem autko przednią szybą w kierunku zachodnim, zatem słońce nie świeciło mi w twarz. Co więcej, w cieniu całkiem sporego drzewa. Na to świadomie zwróciłem uwagę. Bo cień to chłód. No dobra, w tamtejszym klimacie względny chłód. :-) Parking o poranku był wypełniony po brzegi.
Zastanawiałem się nie raz, jak widzi taką sytuację ktoś, kto wjeżdża na parking i widzi faceta śpiącego na przednim fotelu samochodu. Co sobie myśli? Nie żebym się tym szczególnie przejmował. Po prostu przychodzi mi to czasem do głowy. ;-)
W pobliskim markecie kupiłem świeże pieczywo, obejrzałem mapę okolicy i pojechałem szukać jakiegoś spokojnego miejsca by zjeść śniadanie. Przy wyjeździe z miasteczka zauważyłem plakat zachęcający do zwiedzania pobliskiej jaskini. Wiedziałem, że ze względu na finanse tym razem muszę odpuścić, ale obiecałem sobie, że kiedyś jeszcze tam wrócę. Bo łażenie po jaskiniach jest naprawdę fajne.

d.1
Do granicy z Włochami było już niedaleko. A tuż za granicą Triest. Miasto to kojarzy mi się przede wszystkim z Orient Ekspresem. I z jednym z największych portów w tej części świata. Przystanąłem przy punkcie widokowym, zrobiłem dokumentację fotograficzną, wsiadłem do wozu i skierowałem się w kierunku miasta. Jednak w połowie przyszło mi do głowy, że może warto przedtem sprawdzić, ile jeszcze będzie tego dnia do przejechania. "Trochę będzie" - pomyślałem. I zawróciłem. Jak się później okazało, z intuicją też jest u mnie nie najgorzej. Bo zwróciłem uwagę na pewien szczegół: na cenę benzyny. W Słowenii była tańsza o 0,30 euro na litrze. A bak mieści ponad 40 litrów. Dokonałem szybkiej kalkulacji i zanim zdążyłem pomyśleć o czymkolwiek innym już bylem w drodze powrotnej do Słowenii. Na szczęście stacja paliw stoi niemal przed samym przejściem granicznym. Tankowanie i powrót. Kolejny. Na szczęście ostatni tego dnia. ;-)

d.2

d.3
Już wiedziałem, że tym razem podaruję sobie Wenecję. Dotrzeć można tam zasadniczo na trzy sposoby: własnym samochodem, koleją albo autobusem z Mestre (taksówki, samoloty i łodzie z założenia odpuściłem). Pierwsza z możliwości jest najbardziej kosztowna ze względu na kwotę jaką trzeba wydać na parkowanie. Z miejscem problemu nigdy wcześniej nie było. Trzy lata temu zdecydowałem się na pociąg. Bilet był niedrogi, a do tego udało mi się znaleźć w Mestre bezpłatny parking. I to w pobliżu dworca. Pociągi jeżdżą na pewno do północy jest ich niemało.
Potem wpadłem na pomysł, żeby zatrzymać się w Rawennie. Można powiedzieć, że zwiedziłem to miasto tylko raz, dokładnie dziewiętnaście lat temu. Niewiele mi w głowie z tamtego czasu zostało. Pamiętałem, że oglądaliśmy fantastyczne mozaiki, lecz szczegóły jakoś się zatarły. Za to doskonale pamiętam inne wydarzenie. Dotarliśmy na camping w Lido di Spina późnym popołudniem. To był drugi dzień podróży, a ja byłem jedynym kierowcą w pięcioosobowej załodze. Więc zmęczenie robiło swoje. Rozpakowaliśmy się, zdążyłem wziąć prysznic i zrobić ogólne rozeznanie w tym, co gdzie się znajduje. Zapadał wieczór kiedy usłyszeliśmy, że ktoś rozpytuje o pomoc. Po polsku. Jacyś młodzi ludzie szukali kierowcy z samochodem (a może raczej samochodu z kierowcą), który zgodziłby się pojechać do Rawenny po ich przyjaciela, który przed północą miał dojechać tam pociągiem. Oferowali 20 niemieckich marek - połowę tego, ile musieli by wydać na taksówkę. Zgodziłem się pojechać, ale postawiłem jeden warunek: pojedzie ze mną mój kumpel. Na wszelki wypadek. Wtedy jeszcze przychodziło mi do głowy, że ktoś może chcieć mnie napaść, obrabować, zabrać auto, a nawet zabić. Pamiętam, że mimo nocnej pory bez trudu trafiłem pod dworzec. Odebraliśmy podróżnika i wróciliśmy do Lido. A zarobione pieniądze wystarczyły na zakup paliwa podczas całego pobytu we Włoszech. Podróżowaliśmy wtedy... citroenem AX - takim samym jaki mam teraz. Tamten miał silnik diesla, ciut słabszy choć o nieco większej pojemności, ale przy spokojnej jeździe zużywał na 100 km w trasie średnio 3,5 litra tańszej niż benzyna ropy. Zaś w mieście raptem nieco ponad 4 litry...
Jazda do Rimini tylko przez krótki czas pozwalała mi na luz. Mniej więcej w połowie drogi do Wenecji ruch wzmógł się na tyle, że poruszałem się wolniej niż zamierzałem. W rezultacie odpuściłem także Rawennę, bo nie miało sensu wpadać tam na godzinkę. W międzyczasie umówiłem się z moimi znajomymi - Anią i Samuele. Tę wolną godzinkę poświęciłem na odpoczynek.
Spóźniłem się, ale udało mi się zmieścić w kwadransie akademickim. Samuele i tak jeszcze siedział w pracy, więc z Anią poszliśmy w stronę biura. Sam wyszedł na chwilę, zjedliśmy razem pizzę na kolację, a potem Samuele wrócił z powrotem na spotkanie, a my z Anią wybraliśmy się na wieczorny spacer.

d8
Na rynku tego dnia odbywało się coś, z czym nigdy wcześniej się nie spotkałem - dziecięcy pchli targ. Dzieciaki w każdym wieku sprzedawały bądź wymieniały swoje zabawki. Oczywiście pod czujnym okiem dorosłych. Rynek w Rimini nie należy do małych, a przejść i tak było trudno. Ciekawe czy pomysł sprawdziłby się u nas?

d6

d7

mapa_3

© Wzdłuż i wszerz czyli podróż moich marzeń
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci