Menu

Wzdłuż i wszerz czyli podróż moich marzeń

Życie to podróż. Podróż to esencja życia. Zapraszam do towarzyszenia mi w mojej samotnej podróży wszerz całej Europy od Atlantyku po Morze Czarne.

Rozmyślania kierowcy

yendrysek

Co kierowca może robić w drodze? To jasne – zasadniczo i nade wszystko powinien kierować samochodem. Pół biedy, jeśli nie jedzie sam, bo w takiej sytuacji może z pasażerem porozmawiać. Albo milczeć. Bo milczenie we dwoje też może być przyjemne. Ciut trudniej może być, jeśli pasażer jest tylko okazjonalnie zabranym autostopowiczem. Może okazać się, że zupełnie do siebie nie pasujecie i rozmowa nie będzie się kleiła. Jeszcze gorzej będzie, jeśli autostopowicz nie będzie posługiwał się znanym mu językiem – polskim na przykład. Słowaka jeszcze jakoś zrozumie. Ale Węgra? Nie bardzo. Tym bardziej, że dla wielu z nich bliższym sercu jest język niemiecki niż angielski. Ale co tam. Węgier też może się przydać. Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że kierowca jest w stanie - jadąc nawet 30 km/h - przeczytać więcej niż 10% tablic z nazwami miejscowości. A taszcząc ze sobą tubylca może teoretycznie liczyć na pomoc…
Załóżmy jednak, że kierowca jedzie zupełnie sam. Wtedy zostaje mu rozglądanie się po okolicy i rozmyślanie. Oczywiście z umiarem i zdrowym rozsądkiem.
Nie zaprzeczę, że przez lata przyzwyczaiłem się do tego, że mam obok siebie nie współpasażera, ale współpasażera i nawigatora w jednej osobie. I to dobrego nawigatora. Taki był układ. Teraz sam jestem sterem… Wróć, źle mówię. Powinno być: jestem kierowcą, nawigatorem, fotografem, marzycielem, myślicielem… Dobra, wystarczy. I tak więcej nie daję rady jednocześnie. :-)
O Słowacji napiszę niewiele, bo większość drogi pokonałem w nocy i o poranku. Sporym ułatwieniem jest waluta. Nie trzeba bawić się w wymianę na granicy i można kupić paliwo za gotówkę. I napoje w automatach. O ile masz drobne. Ja zawsze mam kilka monet na dobry początek każdej podróży. Takie przyzwyczajenie.

c.23
Węgry kocham od zawsze. A w zasadzie od pierwszego wejrzenia. Nie pamiętam dokładnie ile to było lat temu. Sporo. Dojechaliśmy do Budapesztu. Metrem dotarliśmy na Bátthyany tér. Ruchomymi schodami wyjechaliśmy spod ziemi na powierzchnię. Było bardzo późne, letnie popołudnie. Pomarańczowe światło zachodzącego słońca padało przez Dunaj wprost na bielącą się za rzeką bryłę węgierskiego parlamentu. Ta jedna chwila zaważyła. Potem jeszcze spotkałem fantastycznych ludzi, miałem niesamowite przygody, zwiedziłem piękne miejsca i już nie potrafię się odkochać.

c.22
Na Węgrzech nie miałem wielu okazji do wydawania pieniędzy. Wiedziałem, że do smarowania pieczywa kupię sobie serowy vájkrem – specyfik dostępny tylko tam. Najbardziej lubię paprykowy lub naturalny, ale selerowy też ciekawie smakuje. I serowe paluszki z nadzieniem owocowym oblewane czekoladową polewą. Wtedy jeszcze zakładałem, że wracając być może zrobię tu jakieś zakupy. Oczywiście płacąc kartą. Mapę mogłem sobie odpuścić bo drogę pamiętam dobrze. Wcześniej jechałem nią już kilka razy i zupełnie się nie zmieniła. Za Csorną droga dalej jest mocno dziurawa i trzeba zwolnić żeby nie urwać zawieszenia. Mimo iż statystyki mówią, że gospodarka węgierska ma się lepiej niż nasza, wcale tego nie widać. Na wsiach dominują szeregowe, skromne, a często nawet zaniedbane domostwa. U nas spotkamy też zdecydowanie więcej tabliczek: „Współfinansowane przez Unię Europejską”.

c.24
Przekroczenie granicy węgiersko-słoweńskiej przenosi w inny świat. Od razu widać, że mieszkańcy tego kraju mają się zdecydowanie lepiej. Ich domy, podwórka, pojazdy wyglądają na nowsze, piękniejsze. A i ludzie są spokojniejsi i częściej się uśmiechają. Być może to zasługa większej ilości promieni słonecznych i związanym z tym wydzielaniem endorfin? Tego nie wiem. Wiem za to, że węgierskie wino, paliwo, lody czy kawa są tańsze od słoweńskich. Z drugiej strony zdecydowanie bardziej podobają mi się słoweńskie krajobrazy. Po oglądaniu węgierskiej płaskości było w końcu na czym oko zawiesić. O skalistych szczytach Alp Juliańskich nie wspominam, bo każde wysokie góry zawsze wzbudzają moje westchnienia. Mówię o tych najzwyklejszych pagórkowatych przestrzeniach, o domkach, kościółkach, kapliczkach, zameczkach. Mówię o głębokiej zieleni tamtejszych lasów i łąk. Jadąc chciałem uchwycić jeden z takich widoków na tle zachodzącego właśnie słońca. Niestety, zatrzymać się nie miałem jak. Po przejechaniu kilkuset metrów widoczek był już zupełnie inny. Ale nie odpuściłem. Skręciłem w prawo i jakimiś bocznymi drogami objechałem jedno ze wzgórz. Po kilku minutach wyjechałem przed miejscem które mnie urzekło. Niestety, słońce już zaszło i wszystko zrobiło się inne.

c.26

© Wzdłuż i wszerz czyli podróż moich marzeń
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci